Offoad

A
l
l
e
g
r
o

Zapraszamy na nasze aukcje !

serwisKrasnik
serwisDzierzkowice
serwisWyprawy
serwisSzkolenia 4x4
serwisZielona szkoła
serwisserwis
KrasnikLublin

Strona "o mnie"

Dzierzkowice


        Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że jestem trochę dziwny, że robię wszystko inaczej. Kiedy jest lato wpadam w letarg jak niedźwiedź, tylko że on zimą. Kiedy wszyscy wyjeżdżają, wypoczywają, ja zasuwam jak wół, gdy inni zaczynają pracować i powracać do domów ja chętnie bym wyjechał. Dlatego też zaczynam cykl wypraw, wyjazdów w teren. Jeżeli chodzi o moją inność to jestem jak trędowaty bo zarażam kogo tylko się da, nie trądem tylko off roadem. Powoli znowu się rozkręcam i nakręcam się na jazdę.
Pod koniec wakacji zaliczyliśmy Bieszczady. Miało być nas więcej, dużo więcej, ale jak zwykle jestem zbyt spontaniczny i niepoukładany, ja wiem i rozumiem, że potrzeba trochę czasu, aby wszystko zaplanować, poukładać, ale cóż zrobię kiedy ja mam wszystko w głowie  miałem wizję i plan. Wyjechaliśmy w piątek po 15, jak zwykle wszyscy czekali na mnie i moją rodzinkę tj. Aga  żona, dwa aniołki  Filip i Emilka, nie dlatego, że nie wyrobiliśmy się tylko chcieliśmy zabrać wszystko co się może przydać nawet chomiki dzieci.
Grzechu wraz z Renatą, Arkadio z Aśką no i My, czyli 3 auta, może mało ale i tak korkowaliśmy prawie wszystkie ulice. Dzięki CB radiu, nawigacji, mapie i instynktowi tropiciela doprowadziłem wszystkich na miejsce, niektórym ręce opadły innym znów się podniosły. Tam było tak pięknie.
Po udanej kolacji udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, chociaż spać się nie chciało. Po raz kolejny tłukłem się w nocy jak to dzieci rano stwierdziły. Poranek obudził nas słonkiem, chociaż w nocy lało jak cebra. Czy można było sobie wyobrazić coś piękniejszego: w nocy szum deszczu i brzęk rozbijających się kropel o szybę, a rano bezchmurne niebo. Mój Anioł Stróż wie co lubię. O godzinie 7:30 spać już nie mogłem, jako jeden z pierwszych (bo Arkadio i Grzechu mnie wyprzedzili) wyszedłem zaczerpnąć górskiego powietrza, nikomu nie mówiłem, ale czułem się wyjątkowo, jakby nikt tu jeszcze nie był. Co najdziwniejsze, że mimo świecącego słońca szum z nocy pozostał. Przestałem się dziwić gdy tuż za żywopłotem oczy me ujrzały rwący górski potok. Miałem chęć rzucić się do niego, lecz ten drugi ja, ten stanowczy, spokojny i zrównoważony przypomniał mi, że nie umiem pływać. I kolejna myśl  przecież tam jest po kostki, a co mi tam, najwyżej potłukę brzuch i dupsko, i gdy tak biegłem zobaczyłem Grzecha, który wracał wraz z Arkiem, machali coś do mnie. Zrezygnowałem gdy zobaczyłem poobijanego Grześka, on próbował pierwszy? Ponoć Arek pomagał mu skakać lecz on w ostatniej chwili zrezygnował, a Arek miał ochotę, cokolwiek to znaczy Po krótkiej chwili dowiedziałem się, że Grzesiek powędkować chciał trochę, lecz się pośliznął  tak relacjonował Arek. Grzesiek zaś twierdził, że to Arek go zepchnął, a gdy obsunął się ze skały Arek zamiast rękę mu podać to mu na nią stanął. Najważniejsze zaś jest to, że uśmiech z twarzy im nie schodził. Około 9:30 czyli ta żeńska plus dzieci otworzyła oczy, no i można było zjeść śniadanie. A wiecie, że w górach wszystko smakuje nawet kawa posolona (nie znoszę soli kamiennej, która do złudzenia przypomina cukier).
No i się zaczęło, plan dnia był nasycony przeróżnymi atrakcjami. Na początek parę widoków zapierających dech w piersiach, później parę dzikich tras, najlepszy pstrąg z grilla w Bieszczadach  tak tam pisało i faktycznie taki był. Po południu dołączyli do nas przyjaciele off roadowcy z Brzozowa tj. Mateusz z żoną, Błażej, Marek z kolegami. I wyruszyliśmy na przygodę dnia, powalczyć trochę z żywiołem, autami i samym sobą. Udaliśmy się do Natura Park, tam można w pełni legalnie przemierzać bezkresne rejony Bieszczad. Kopara mi opadła gdy wyjechaliśmy na szczyt. Znowu zadzwoniłem do taty i znowu pytałem: Why? (łaj  tłumaczenie: dlaczego). Pewnie nie wiecie o co chodzi: mój tata urodził się i całą młodość spędził w Bieszczadach, a to łaj było - dlaczego stąd wyjechałeś. Teraz gdy siedzę w domu i to piszę to wiem, gdyby ten przystojniak nie przyjechał do Kraśnika i nie spotkałby mojej ślicznej mamy to by mnie nie było.
Chyba oboje są ze mnie dumni i cieszą się, że nauczyli mnie cieszyć się każdą chwilą i widzieć świat przez różowe okulary. Mam nadzieję, że i ja z Agą będziemy mogli nauczyć dzieci tego samego. O boże prawie się wzruszyłem. Może przejdę do konkretów. Jadąc wspaniałą trasą terenami jakich nie widziałem dotąd, Bieszczady widząc nasze szczęście i niepohamowaną radość serwowały nam co chwilę coraz to nowsze oblicze, jakby chciały pokazać nam to co najpiękniejsze w sobie mają, a to dzikie konie, które przebiegały między autami, a to pasące się owce, które na nasz widok zaczęły dzwonić dzwoneczkami  jak zaprogramowane, innym razem zaś surowość i dzikość tras, które pokonywaliśmy z pełnym zaangażowaniem. Jednym słowem Raj i to tak blisko nas, namacalny. Nie zapomnę do dziś niedźwiedzi, których spotkaliśmy, pozwalających robić sobie z nami zdjęcia, wilków które można było pogłaskać, słonia który kołysał mnie na trąbie i  znowu odleciałem.
Po powrocie do domku w którym się zatrzymaliśmy, rozpaliliśmy grilla, popijaliśmy whisky i wymienialiśmy się opowieściami i spostrzeżeniami o takim wspaniałym dniu. Grubo po północy rozstaliśmy się z przyjaciółmi z Brzozowa, pożegnaniom nie było końca, obietnic jakie składaliśmy sobie nawzajem iż wrócimy tu i to niebawem.
Niedziela  ostatni dzień, dzień wyjazdu. Z bagażem nowych doświadczeń i przeżyć  ciężko było się zapakować. Byłem w kropce nie wiedząc co robić, robiłem nic czyli po prostu siedziałem i zastanawiałem się co tu zrobić, aby pozostać tu chociaż jeszcze jeden dzień. Lecz rzeczywistość jest brutalna, czekają obowiązki, szkoła dzieci, moja praca. No cóż czas zmykać do domu. Postanowiliśmy jeszcze trochę pośmigać po okolicy, w końcu dzień się dopiero zaczął. Pojechaliśmy nad Solinę. Na tamie wrzucaliśmy co było pod ręką, by obserwować olbrzymie karpie i klenie jak łykają w całości całego gofra Renaty  nawet bita śmietana im smakowała, taki mały torcik od nas na pożegnanie. Podziwiając z jednej strony przepiękny widok zalanej doliny i wystające wierzchołki gór. Z drugiej strony przepaść. Wysokość tamy jest rozbrajająca, i pomyśleć tylko, że gdyby skoczyć to byłby czas żeby przypomnieć sobie wszystkie najciekawsze chwile, gdyby skoczyć we dwoje byłby czas żeby pogadać. Patrząc tak na krajobraz, zauważyliśmy w dole w oddali kamienistą górę, a raczej jej część, zastanawiając się co tam jest wpadliśmy na pomysł aby tam wjechać. Po paru oscypkach na gorąco i kupnie paru pamiątek siedzieliśmy już w autach, a raczej obok nich bo Grzesiek wypróbowywał swój nowy nóż na ręce Arka, niestety pozbawił go moheru z części ręki, dziwnie to wyglądało. Po próbie zasiedliśmy za sterami, obraliśmy wcześniej wyznaczony cel, tzn. dziwną górę ze skał. Po chwili byliśmy na miejscu. Ten fragment skalistej góry okazał się starym kamieniołomem, a co lepsze była tam droga i to wcale nie łatwa  kamienista i dość stroma z głębokimi koleinami i fragmentami powyrywanych skał. Wszyscy się spociliśmy, było dość ciepło lecz to nie z tego powodu. Zdobyty szczyt był ukoronowaniem całej niedzieli, a nawet całego wyjazdu. Czułem się jak sołtys, najwyżej ze wszystkich, najedzony i dumny. Jeszcze parę fotek i próbujemy zjeżdżać  nie było łatwo, samochód miał tendencje do rozpędzania się, a hamowanie na wilgotnych kamieniach przysparzało wiele problemów. Po zjechaniu na sam dół, jakiś tubylec podszedł do nas i opowiedział historię kopalni i to że trzeba mieć nierówno pod sufitem żeby tu wjeżdżać bo ostatnio byli tu tacy co próbowali do momentu dopóki jeden z nich nie wydachował. Z dziwnymi minami i burzą myśli ruszyliśmy w drogę. Po kilku godzinach dotarliśmy do domu, cali i zdrowi. Auta też całe tylko strasznie brudne, będą znowu dzieci miały co na nich pisać.
Choć dość krótko i skromnie opisane mam nadzieję, że oczyma wyobraźni mogliście być choć przez krótką chwilę razem ze mną, momentami szczęśliwi i zachwyceni, a za moment przerażeni. Już znowu mam plan i chyba domyślacie się jaki. Tak to kolejna wyprawa i to w Bieszczady, moje Bieszczady. Ps. Wersja dłuższa dostępna bezpośrednio ode mnie tyle, że mówiona.
Pozdro
Wasz góral Wygar
Hej!

dk

Informujemy, że Państwa zgoda na przetwarzanie danych osobowych może zostać cofnięta w dowolnym momencie przez wysłanie wiadomości e-mail na adres biuro@3p-4x4.pl spod adresu, którego zgoda dotyczy. Informujemy, że nie jesteście Państwo profilowani. Państwa dane nie będą przekazywane poza EOG ani udostępniane organizacjom międzynarodowym. Więcej informacji dostępne TUTAJ.